,,dominic'' l. a. casey


¡hola! chciałam Was bardzo serdecznie powitać na moim blogu. Będzie on się skupiał na tematyce okołoksiążkowej. Mam nadzieję, że Wam się spodoba i postanowicie pozostać na dłużej, haha. Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją powieści autorstwa L. A. Casey ,,Dominic''. Już nie przedłużam, niech poleje się krew! 

,,Bronagh Murphy dobrze wie, czym jest ból po stracie bliskich. Kiedy była mała, jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Aby uniknąć ponownego cierpienia, dziewczyna trzyma ludzi na dystans. Nie ma przyjaciół, z nikim nie rozmawia, nie wdaje się w żadne relacje, przez co zawsze jest na uboczu. W końcu tego chce najbardziej. Kiedy w jej życie wkracza Dominic Slater, Bronagh nieświadomie robi dokładnie to, co najbardziej go pociąga. Uparcie go ignoruje. Dominic to chłopak przyzwyczajony do bycia w centrum uwagi. Piękna brunetka o ciętym języku jest pierwszą osobą, która mu tego odmawia.
Dominic pragnie nieustępliwej dziewczyny, ale jednym sposobem na jej zdobycie, jaki zna, jest siła.
Dominic jej pragnie. Dominic zdobywa to, czego pragnie''


    Chyba dawno nie czytałam książki, która wywołałaby we mnie tyle sprzecznych emocji. I to niekoniecznie w dobry sposób. 
   
    Początek Dominica jest delikatnie mówiąc kiepski. Akcja toczy się szybciej niż ja, jak usłyszę słowo jedzenie, a bohaterowie zachowują się, jakby byli niezrównoważeni psychicznie. Chociaż to drugie w sumie jest przez całą książkę. Styl autorki nie należy do jednych z najlepszych z jakimi miałam do czynienia: jest płytki i aż zbyt prosty. 

    Później sprawa zmienia się na lepsze, a przynajmniej mi się tak wydaje. Mimo to autorce nie udało się za długo trzymać lepszego stanu rzeczy. A jednak: ostatnie 50 stron zniszczyło mnie emocjonalnie i pokazało, jak bardzo przywiązałam się do braci Slater, niekoniecznie do Dominica. Z pewnością będę chciała sięgnąć po kolejne tomy serii. Może nie po dodatki, ale po główne 5 części na pewno.

    Jak już wcześniej wspomniałam: autorka nie potrafi zapanować nad tempem akcji i nie wpływa to niestety na korzyść powieści. Wszystko dzieje się na raz. Człowiek jeszcze nie przetrawił tego, co stało się przed chwilą, a tu już kolejna drama. 

    Dodatkowo bohaterka powinna mieć poważne problemy z dopuszczeniem do siebie kogokolwiek, a przynajmniej o tym zapewnia nas ona sama i jej siostra przez całą książkę, kiedy tak naprawdę bez ich zapewnień można nie zauważyć tych problemów. Autorka kompletnie omija ten wątek i wraca do niego dopiero wtedy, kiedy tak na dobrą sprawę brakuje jej iskierki, która rozpali kolejną kłótnię. Wtedy Bronagh zaczyna mieć wątpliwości.

    Książce na pewno nie brakuje humor, choć zdarza się, że jest on aż niesmaczny. Czytało mi się ją bardzo szybko.

    Daję tej książce mocne:
6.5/10
    Mimo wszystko książka miała swoje dobre momenty, a do braci Slater da się przywiązać.

    
    Życzę miłego dzionka/wieczorku i zachęcam do zostawienia po sobie jakiegoś śladu,
    kongo.



Komentarze